Nasza sąsiednia wieś Koryta/Koritten

Październik 9, 2016 Marcin

0

Klimaty Łagowskie

10 października 2016

Nasza sąsiednia wieś Koryta/ Koritten
oraz pewna niedziela pod Kolonią Raków/Kalkofen

pobrano z Kuriera Torzymskiego (Sternberger Kurier 9/64)

Raków k. Łagowa na jez. Malcz – Kalkofen do 1945r. – kolonia niemiecka na pograniczu gminy Torzym/Sternberg, Łagów/Lagow.

Pora była letnia, sobotnie popołudnie przed ostatnią wojną, a rzecz dzieje się w Torzymiu, moim mieście rodzinnym. Gdy wszystko było już porobione, szedłem do mego ogrodu, by doglądnąć i pielęgnować młode drzewka owocowe, krzaki jagodowe, pomidory itd. Do granicy mego ogrodu przylegał ogród szkolny i często nauczyciel Unverdruß, gdy oporządził już swoje grządki, przystawał i wtedy wymienialiśmy nasze poglądy.

Mój wzrok pokierował się ku pobliskiemu cmentarzowi i nagle widzę, jak zza stodoły Sümann’a wynurzył się nasz przyjaciel Franek Witzke. Trzymając ręce z tyłu przybliżył się powolutku, jak to się zwykle czyni, gdy rozkoszujemy się wolnym czasem po zakończeniu prac. Najpierw pozrzędził chwilę, łażąc po moim ogrodzie, wszędzie miał coś do wyrwania, po czym spytał, co mam na jutro, czyli w niedzielę, w planie. Nie miałem nic. Wobec tego powinienem się wybrać z nim na ryby; on chciałby przy tak pięknej letniej pogodzie wybrać się do Gerlach’ów za Kolonią Raków i spędzić tę piękną niedzielę nad jeziorem Malcz. Któż nie miałby na coś takiego ochoty? Tak więc umówiliśmy się, że wyruszymy (na rowerach) dostatecznie wcześnie, a teraz wracaliśmy do siebie przez zieleniejące i kwitnące podwórza z kurami. Z pobliskiej wieży kościelnej dzwony zapowiadały niedzielę. Był cudowny spokój, wkoło cisza, tylko od czasu do czasu przerywana odgłosem pracującej kosy, co też brzmiało niczym muzyka na koniec dnia pracy.

Niedzielnym porankiem pedałowaliśmy dość wcześnie ulicą do Koryt, ale nie byliśmy jedynymi, co tak wcześnie wstali. Przy domu Wilhelma Kutscher’a, na wysokości wyspy twarogowej, napotkaliśmy Ottona Görlitz’a, mistrza wyrobu puszek; on wracał właśnie z polowania i miał, jak zawsze, w pogotowiu jakieś dowcipne słowo czy żarcik. Kiedyś obgadał pochodzącego z Koryt niejakiego Hugona Ulbrich’a, który w Torzymiu na krótko odegrał rolę handlarza i sprzedał – w najprawdziwszym znaczeniu tego słowa – kota w worku. Gdy ta historia dotarła do Maksa Vogt’a i została opublikowana w lokalnej gazecie, to wszyscy ubawieni sprawą zachwycili się Ottonem Görlitz’em. Ze swej strony obiecujemy jeszcze kilka miłych historyjek o niestety przedwcześnie zmarłym Otto Görlitz’u w przyszłości opowiedzieć.

Rozstaliśmy się z myśliwskim pozdrowieniem i pojechaliśmy dalej, ciesząc się z piękności tego niedzielnego poranka, aż dotarliśmy do skrzyżowania i minęliśmy dom szosowy. Za laskiem przy tym domu zaczynały się tereny gminy Koryta, a jej wiatrak i wieża kościelna pozdrawiały nas z daleka. Po obydwu stronach szosy widzieliśmy dobrze uprawione, żyzne pola; to było widać, że uprawiane były z gorliwością i miłością.

Wjechaliśmy do Koryt i stwierdziliśmy, że pierwsze domy po prawej nie zrobiły na nas dobrego wrażenia, ale parę metrów dalej obraz się zmienił. Tu po prawej była działka Henschke’go, później Rosenberg’a: czyściutki dom mieszkalny z dużym ogrodem z przodu od ulicy, z przebarwną rewią kwiatów; widok dający radość. Na kufel piwa o poranku było jednak zbyt wcześnie, więc pedałowaliśmy dalej przez wieś, która dopiero budziła się ze snu. Z pobliskiego stawu po lewej dochodziło gęganie gęsi i kwakanie kaczek Po obu stronach ulicy leżały zagrody należące do urzędnika Theel’a, do rolników König’a, Münchberg’a, Witzke’go, Mauske’go, Kretschmann’a, Ulbrich’a, Troschack’a, Windmüller’a, Hoffmann’a, Richter’a, Miem’a, mistrza kowalskiego Gerlach’a, do Lorenz’a, Knospe’go itd. Dzisiaj wspominam dawniejszego śpiewka kościelnego Mehley’a z jego sympatycznym, dźwięcznym basowym głosem. A ostatni, dobrze mi znany nauczyciel Sparmann, z wojny do domu już nie wrócił. Ale o dwóch mężczyznach z naszej sąsiedniej wsi Koryta, którzy dla nas Torzymian pozostaną niezapomnianymi, wspomnieć tu muszę: to bracia Kalz’owie, obaj mistrzowie szewscy, obaj w Torzymiu mieli swoje samodzielne warsztaty. Ale widziało się ich zawsze razem, czy to przy pracy, czy gdy jechali do Frankfurtu, by zakupić potrzebne skóry, czy gdy w sobotni wieczór zasiadali przy swoim stoliku w knajpie, by w przymilnej atmosferze zagrać w durnia. Którejś niedzieli obydwaj zaczęli wędkować na położonym nieco z tyłu, małym, w zasadzie bezpiecznym, jeziorze Trawiastym, z którego wypływa nasza Ilanka. Obydwaj wędkowali najpierw z brzegu, ale później z łodzi. Podczas wędkowania obydwaj wpadli do jeziora, a że pływać nie umieli, więc musieli marnie utonąć. Gdyśmy grzebali tych dwóch nierozłącznych braci, trzykrotną salwą pozdrowiliśmy ich po raz ostatni nad ich grobem. Nasz kamrat „Karol od Schutzmann-Witzke’go”, dogłębnie poruszony, wygłosił słowa pożegnania, a potem stos kwiatów i wieńcy przykrył ich grób.

Gdy rodziła się nasza gazeta dot. stron ojczystych, to któregoś dnia w Lüneburgu jej wydawca Pan Ohm, pochodzący również z naszych stron, pokazał mi pewien list, którego nadawcą była nieznana mi młoda kobieta z Koryt. Ona opisała ponure dni ze stycznia – lutego 1945 r. w Korytach, które przeżyła. Ten list był tak wstrząsający i okropny, że nie potrafiliśmy się zdecydować, czy na niego odpowiedzieć, albo czy te straszne wydarzenia, jakie dotknęły tam wtedy naszych ziomków – by je opublikować. To był opis, jak kwitnącą, pełną wesołych ludzi wieś, jaką były Koryta, zniszczono z niebywałym okrucieństwem.

Po kilkuset metrach już za Korytami skręcamy z szosy w lewo, znowu jedziemy przez pola z żytem, owsem, kartoflami czy burakami, aż dojeżdżamy do lasu. To jest państwowe leśnictwo z przepięknymi lasami sosnowymi lub mieszanymi, które tak pięknie oddają nam charakter naszych stron rodzinnych. Na jednej prastarej sośnie wisi mała biała tabliczka ze strzałką kierunkową na Kolonię Raków, a my już wjeżdżamy na podwórko mistrza rybackiego Gerlach’a, prowadzącego też gospodarstwo rolne i zajazd. Spokój i cisza tego podwórza zmącone zostaje przez „wielką gębę” Franka, który teraz prowadzi z gospodarzem nie mającą końca gadaninę. – W chłodnej izbie dla gości łapiemy oddech, zaopatrujemy się w niezbędny sprzęt wędkarski i wyjeżdżamy nad wspaniałe jezioro Malcz, wkoło otoczone zielonym lasem. Nad jeziorem panuje uroczysta cisza, nikt nie mówi nawet słowa. Gdy chciałem lekko zanucić jakąś piosenkę, zostałem natychmiast obsztorcowany: „Podczas wędkowania się nie śpiewa” uważał Franek Często muszę wracać myślą do tej pięknej, słonecznej niedzieli. Wędkowaliśmy, kąpaliśmy się, dawaliśmy się słońcu napromieniować, obserwowaliśmy dzikie kaczki i rodziny nurków, przyglądaliśmy się licznemu ptactwu. Na obiad spałaszowaliśmy dobrą porcję lina, to była prawdziwa przyjemność. Franek oczywiście jak zawsze wiele narzekał, jego zdaniem nigdy w życiu nie będę dobrym wędkarzem, ale to był jego sposób obcowania, w rzeczywistości pod tą chropowatą skorupą tkwiło dobre jądro.

Dopiero jak słońce zaszło na zachodzie pożegnaliśmy się z Kolonią Raków i jej gościnnymi mieszkańcami, zajechaliśmy potem jeszcze do naszego przyjaciela Hankelmann’a w Korytach, u którego napotkaliśmy młodą generację tej wsi, która przy kuflu piwa odpoczywała po minionym tygodniu ciężkiej pracy na wsi; z większością dobrze się znaliśmy, więc czuliśmy się tutaj bardzo dobrze.

Dzisiaj, gdy minęło już prawie 20 lat od czasu, gdy rozstaliśmy się z naszymi rodzinnymi stronami, chcemy sobie życzyć i żywimy nadzieję, że może jednak dobry los zaprowadzi nas kiedyś w owe strony, że jeszcze raz kiedyś popedałujemy do Kolonii Raków, a potem jeszcze raz, jak za starych dobrych czasów zawrócimy do Koryt i uchwycimy tam wiejski kufel.

Artykuł „Unser Nachbardof Koritten und ein Sonntag am Kalkofen (OHB 1/1995)

Autorzy zdjęć do 1945 NN. Zdjęcia w posiadaniu: Stefan Wiernowolski (Sulęcin, archiwum prywatne, sztuk 2), OHB Nr. 2/1999r. ze zbiorów RB. (okładka, sztuk 1)
Tłumaczenie: Jan Grzegorczyk, Towarzystwo Społeczno-Kulturalne Mniejszości Niemieckiej w Zielonej Górze grzegorczyk@tskmn.pl

Źródło:


Powiązane: